
Dj-e światowej sławy, tysiące ludzi, niesamowita muzyka, nadmorski
klimat i totalnie bezchmurny weekend w Kołobrzegu sprawiły, że kolejna
edycja Festiwalu Sunrise przeszła do historii jako impreza zdecydowanie
udana. Wyjątkowe afterparty znane już chyba całej Polsce przyciągnęło
tysiące osób, także tych spoza klubowych kręgów. Największe gwiazdy
grały "swoje" (mimo wielkich obaw i różnorakich spekulacji), a agencja
MDT zanotowała kolejny stopień eventowego rozwoju.
Na piątkowej, porannej konferencji prasowej jako pierwsi dowiedzieliśmy się o szykowanej na sobotnią noc niespodziance, związanej z pokazem skoków motocyklowych w ramach promocji wrześniowej edycji Red Bull X Fighters w Warszawie. Oprócz tego organizatorzy zapewniali, że w kwestii oświetlenia i efektów wszystkiego jest dwa razy więcej niż w zeszłym roku. Być może na kartkach faktycznie to tak wyglądało, jednak finalnie nie odczuwało się jakiegoś wielkiego wizualnego szoku porównując scenę do ubiegłego roku. Może to kwestia oszczędzania efektów i jakaś dziwna niechęć do łączenia ich wszystkich naraz.

Tak czy inaczej sceny różniły się zdecydowanie od tych zeszłorocznych. Ta ustawiona na parkingu i przeznaczona dla fanów trance`u na pierwszy rzut oka robiła wrażenie. Była po prostu inna - jej głównym elementem były naprawdę potężne ekrany. Amfiteatralna scena house także opierała się na ekranach, które rozciągały się aż po górne rzędy ławek. W obu miejscach tuż przed występami dj-ów odbywały się intra związane z tematyką wody i ognia - dwóch głównych motywów festiwalu. Grupy teatralne robiły co mogły, ich stroje z pewnością wywołałyby zachwyt ale... raczej nie w tym miejscu i nie o tej porze. Patetyczność tych przedstawień i ich zbyt długa prezentacja tworzyły niepotrzebne zastoje, które możnaby zagospodarować w nieco inny sposób. Wizualnie event nie powalił nas na kolana, choć trzeba przyznać, że organizacja była dobra (patrząc z perspektywy trzech dni).

O pokłony prosiła się za to oprawa muzyczna. Naszą przygodę rozpoczęliśmy od Water Stage, która wystartowała nieco później niż planowano. Pojawił się na niej DJ W, który od samego początku zaprezentował dość wymagające brzmienia bez hitów z top list. Dużo technicznych sztuczek, szybkie miksy i radosna (czasem nieco bardziej komercyjna) strona muzyki house to piątkowa noc z Inoxem, którego set wywołał niesamowitą ilość pozytywnej energii. W tym samym czasie na Fire Stage grał numer 1. wg rankungu DJ Magazine - Armin Van Buuren. Jako jedna z największych gwiazd Armin wywołał sporą euforię (tak jak klasyki a`la "I can`t sleep" czy "Burned with Desire"). Niezmiernie klimatycznie zrobiło się także podczas "Going Wrong". Opinie fanów trance`u w naszym otoczeniu były jednak podzielone. Wypowiedzi o rzekomym "smuceniu" Armina, zagoniły nas do amfiteatru, gdzie za sterami stanął Tocadisco. Pan ten poczuł się chyba trochę jak na Mayday Polska mając na myśli serwowaną z początku muzykę (osobiście wychwyciłem co najmniej dwa kawałki, które zagrał w zeszłym roku w katowickim spodku). Było "Shrine", "Tetris"... jednak tuż pod koniec jego set dłużył się już niemiłosiernie. Może to dlatego, że w kolejce była kolejna gwiazda, dla której przybyły tłumy zwolenników ambitnej strony muzyki. James Zabiela wyszedł na scenę i... zrobił swoje. Bezkompromisowo. "Live in Mexico", "20 years of acid" czy "A Sort Of Homecoming" to niektóre kawałki, które udało nam się zidentyfikować. Niezatarte wrażenie pozostawił także tajemniczy vocal puszczony przez Zabielę, który po prostu zaczarował! Zniszczeni przez tego pana nie mieliśmy już nawet sił na posłuchanie Andiego Moora...

Muzyczna sobota zaczęła się dla naszej ekipy dopiero około godziny 24. Razem z innymi dziennikarzami (finalnie zebrał się ich spory tłum) naiwnie wierzyliśmy, że DJ Tiesto zawita choć na chwilę do namiotu press. Jak się później okazało Holender "gwiazdował" tego dnia w Polsce, marudził, ponoć chciał nawet odwołać swój występ, bo to i bo tamto, i nawet na moment nie zajrzał do oczekujących go dziennikarzy. Tiesto stał się zresztą chyba antybohaterem eventu, mimo euforii jaką wzbudził wśród publiki (pod sam koniec stosując już jednak tanie chwyty: "He`s a pirate" "Adagio For Strings" "Advanced"). Ścisk podczas jego występu był wręcz niewyobrażalny. Zaistniałą sytuację możnaby nawet nazwać paraliżem organizacyjnym, który dotknął także... Pete Tonga, grającego równolegle z Tijsem. W afmiteatrze zrobiło się nagle tak przejrzyście jak w piątek o godzinie 19. Legendarny Pete czarował jednak muzyką ze swojego laptopa, nie miał żadnego respektu dla muzycznych klasyków (mimo iż niektórzy spodziewali się legend od legendy) i grał zdecydowanie z duchem czasu, chwilami dając odetchnąć przy takich artystach jak Underworld czy Eric Prydz. Danny Howells i David Amo wraz z Julio Navasem byli znakomitym dopełnieniem sobotniej nocy w amfiteatrze.
Niedzielne afterparty w tym roku zostało zorganizowane tuż przy kołobrzeskim molo, które posłużyło za scenę. Tłum ludzi zebrał się zarówno pod obiektem, jak w około oraz zaraz przy ochronnej taśmie, by choć troszkę zasmakować atmosfery backstage`u. Szczególne wyróżnienie w kwestii muzycznej powinno spotkać rezydenta plażowych harców DJ-a Miqro, który prezentował niezmiernie ciekawe brzmienia. Przez całą imprezę przez mikrofon swoje trzy gorsze dodawał MC Jakob, jednak nie robił tego zbyt często, dzięki czemu nadawał smaku całej atmosferze. Zgodnie z planem około godziny 17 za konsoletą stanął Ian Carey. Po tym panu spodziewaliśmy się jednak trochę więcej. Zaczął od "Show Me Love", potem było "No stress", gdzieś przebiło "The Bomb" oraz "Chime". Niestety nie było nad dane wysłuchać Iana do końca, gdyż jako lud pracujący miast i wsi musieliśmy uciekać by zdążyć na pociąg. A w pociągu - jak to w pociągu: niezmiernie ciekawe opowiastki o tym, że DJ Tiesto to z pewnością Niemiec oraz że house to techno, a trance to schranz. W jednym jednak musiałem się zgodzić z moimi przymusowymi przedziałowymi towarzyszami: Sunrise wypalił.